Posts tagged ‘Węgry’

26 października 2011

Lamborghini i historia pewnego ciasteczka

Historia ta zdarzyła się tego roku, końcem lata. Był upalny dzień, podczas wycieczki do Keszthely na Węgrzech.

Kilka razy obchodziliśmy to zacienione miejsce przy małej cukierni. Okrągły stolik i dwa krzesła pod przystrzyżonym drzewkiem, prawie jak w Paryżu. Mimi nie mogła się oprzeć temu widokowi. Tym bardziej, że właśnie tu wymarała ciasteczka z makiem w pełni naturalne. A na krześle tuż obok spoczywa biały kartonik wypchany po brzegi winami z lokalnej winnicy. Do przysmaku była również, kawa od Tonino Lamborghini :)

Tylko cóż to, za dziwny sposób jedzenia ciastka? Czemu od środka? Może maku było więcej? Mimi bywa zabawna i czasami przypomina Amelie Poulain. 

Reklamy
Tagi: ,
23 października 2011

Felsőörs już trochę jesiennie

Jesień przyszła, a wraz z nią zupełnie złote kolory. Dziś tak jakoś wspominamy tamte dni, które dalekie były od jesieni. To było niespełna miesiąc temu. Tym razem kilka zdjęć ze spaceru po węgierskim miasteczku Felsőörs, gdzie kamień ma kolor ochry, a psy biegają po wąskich murkach :)

5 października 2011

Wild Nature in Baranya

Wioska Babarcszőlős na Węgrzech (czyt. Boborczsolosz), to taki nasz europejski koniec świata. Tuż przy granicy z Chorwacją w rejonie okręgu winiarskiego Villány (czyt. Wilań).

Przyjechaliśmy tu odwiedzić naszego węgierskiego Przyjaciela i pomóc przy winobraniu. Na dzień dobry dostajemy do spróbowania bardzo młodego wina prosto z wielkich beczek, w których zachodzi fermentacja.

– To jest Chardonnay, a to Pinot Noir – mówi nasz Przyjaciel, podając nam kieliszki musującego napoju.

Jeżeli to wino ma teraz taki smak, to już sobie wyobrażam, że jak dojrzeje, to będzie doskonałe! Cóż za wspaniałe powitanie, a to dopiero początek naszej przygody w Babarcszőlős.

Akurat byłą przerwa w winobraniu, więc nie mogliśmy pomóc, ale pomogliśmy w piciu wina :)

– Możecie spać w domku, którego „pilnuje” czarny baran lub w tradycyjnej jurcie, w której mieszkali potomkowie Węgrów w Mongolii. No, ale w nocy może być już za zimno na taki namiot. Wybieramy, więc domek z Baranciem :) Tak pieszczotliwie nazwała go Mimi.

Jak powiedział nam nasz węgierski Przyjaciel: – Nie jest to hotel, ale nocleg jest kulturalny. Moja Mimi okazała się naprawdę dzielnym zuchem! W domku nie było wody, trwał remont, więc wodę mieliśmy tylko ze studni z wielkim kołowrotkiem. Mimi, bez wahania przystała na warunki panujące na węgierskim końcu świata. A czarny baran zupełnie jej nie przeszkadzał, chociaż za każdym razem, gdy wychodziła z domu musiała stanąć z nim twarzą w twarz albo raczej twarzą w rogi :)

Po gorącym obiedzie w cieniu drzew, pojechaliśmy do Villány – stolicy regionu winiarskiego, ale o tym będzie osobny wpis. A po powrocie zjedliśmy kolację przy świetle lampy naftowej z niebem pełnym gwiazd nad głowami.

W winnicy wstaje się wcześnie, więc zrywamy się przed wschodem słońca. Idę zrobić trochę zdjęć. Po drodze spotykam Józefa, pracownika winnicy, który pokazuje mi owce, barany i całą stajnię z koniami. Specjalnie nawet wyprowadza jedną klacz na wybieg, abym mógł zrobić zdjęcia. Nic nie rozumiem, co do mnie mówi, ale wystarczy parę uśmiechów i poklepanie po plecach w ramach podziękowania. Wspaniali ludzie mieszkają w Babarcszőlős!

– Tuż za stajnią dla koni jest małe jeziorko. Jeżeli chcecie można się w nim kąpać, ale uważajcie jest dość głębokie – to nie Balaton – żartuje nasz Przyjaciel.

 – A teraz pójdziemy zobaczyć Mangalice – tradycyjne węgierskie świnki… Nic tu wiele więcej nie będę pisał. Myślę, że zdjęcia mówią same za siebie. Bardzo polubiliśmy te kudłate świnki :) Codziennie około 5 nad ranem te maluchy swoich głośnym chrumkaniem budziły Mimi, ale ja nic nie słyszałem, bo spałem przygnieciony chyba 100-letnią pierzyną z puchu.

 Wizyta w Babarcszőlős była dla nas wspaniała podróżą w czasie. Pełną niezapomnianych wrażeń, doskonałych smaków i wina.

Köszönöm szépen András!!

1 lipca 2011

Mimi at Donau | Budapest

Wieczory w Budapeszcie były bardzo ciepłe. Nawet nad Dunajem można było siedzieć do późna. Sprzyjały też temu najdłuższe dni w roku. Wieczorem ruch na rzece się wzmaga. Przypływają statki wycieczkowe z Wiednia pełne niemieckich turystów. A ja robię sesję Mimi przy monumentalnym budynku Parlamentu. Zupełnie nie planowaną.

Zapalają się lampy. Bliki na wodzie.

Czas płynie i nasze zmęczenie po całym dniu daje znać. Gdy Mimi zaczyna ziewać, czas zbierać się do domu. Po drodze i tak jeszcze usiądziemy na schodach Opery.

%d blogerów lubi to: