Archive for ‘Fotografia uliczna – Street photography’

20 stycznia 2015

White & Blue

2015/01/img_0586.jpg

Reklamy
11 kwietnia 2013

Dwie dziewczyny i tylko jedno wypite espresso

01 02

23 kwietnia 2012

Analogue is the future – już tego nie zobaczycie i małe zapowiedzi

Dziś jeszcze parę fotek z analogowej serii z aparatu Exakta VX1000 (patrz wpis „Analgue is the future„). Pozostanie jeszcze kilka ujęć do innego wpisu o wyjątkowym krakowskim miejscu. Takim, które naprawdę warto odwiedzić. No, ale to nie dziś.

Ten wpis to zapis tego, czego już nie możecie zobaczyć, bo zasłania to wielka reklama sklepu Kapp Ahl. Mowa o fantastycznym i gigantycznym graffiti na starej kamienicy na ul. Karmelickiej w Krakowie. Naprawdę robiło to ogromne wrażenie. A przy okazji zapędziłem się trochę dalej i odkryłem rzadko spotykane w Krakowie zewnętrzne, metalowe skręcane schody. I to wszystko w samym centrum. Tyle razy tędy przechodziłem i dopiero teraz mam to!

Kawowe zdjęcia muszą się też pojawić. W końcu przerwa na espresso jest obowiązkowym punktem dnia. A na koniec jedno zdjęcie, które jest tylko małym smaczkiem arcyciekawego miejsca, gdzie spektakl jest nie do opisania. To też w swoim czasie. Zbieram materiały i tak sobie myślę, że będzie to też relacja analogowa. A to jak wiecie wymaga więcej czasu.

Aż się nie chce wierzyć, że to są zdjęcia z analoga…

Analogowa wielokrotna ekspozycja

I na koniec stolik, który zapamiętamy na długo.

20 marca 2012

The Analogue is Future

W wpisie „Historia pewnego aparatu, mucha i inne” pisałem o aparacie Exakta VX1000, który zajmuje szczególną pozycję w naszej kolekcji. Dzisiaj zgodnie z obietnicą prezentuję pierwszą serię fotek z przywróconej do życia Exakty. Jak dla mnie jakość jest znakomita. Obiektyw Zeiss aus Jena  rysuje naprawdę ostro. Wydane pieniądze na naprawę, nie poszły na marne!

Rozglądnijcie się po ciemnych kątach w swoich szafach, a może odnajdziecie ukryty skarb? Myślę, że w polskich domach jest jeszcze sporo znakomitego i dawno zapomnianego sprzętu. Niejednokrotnie wystarczy go odkurzyć i będzie działał, a czasem tylko mała naprawa.

Lomografia jest przykładem powrotu do tradycyjnej fotografii. Tak wiele osób na całym świecie zachorowało już na tą „chorobę”. Do tego nie potrzeba wielkich umiejętności, a frajda jest niesamowita. Szczerze polecam!

„Forza Italia” – zdjęcie specjalnie dla Gosi z Sycylii

Na koniec „Autoportret w drzwiach Cafe Dym”

Zdjęcia wykonane aparatem Exakta VX1000, film Fuji 400ASA, wywołany i zeskanowany w Rossmann za 10,99PLN :) 

11 marca 2012

Paryscy kelnerzy

Przeróżne opowieści krążą o wyczynach paryskich kelnerów. W wielu książkach czytałem o ich ekscentrycznych zachowaniach. Nie lubią ich turyści, a i dla paryżan nie są zbyt pobłażliwi.

Kelner z paryskiej restauracji, kawiarni, czy bistro to jest Ktoś! Prawdziwy artysta, który doprowadził do perfekcji obsługę klienta. Lubi czasem zakpić lub zażartować i wbić szpilę by pokazać, kto tak naprawdę się liczy. Nie mam im tego za złe :)

Pomimo tych wszystkich strasznych historii, nigdy nie doświadczyłem tego na swojej skórze. Dodam jeszcze, że nie znam francuskiego :)

Fajnie było obserwować ten gwar w kawiarniach Paryża. Bez kelnerów, to miasto straciło by tak wiele!

Pamiętajcie, że w „Cafe de Flore” tylko turyści siadają na piętrze! Choć kelner z pewnością będzie chciał Was tam zaprowadzić. Naprawdę liczą się tylko miejsca na chodniku Bulwaru St. Germain.

13 września 2011

Spóźniony w Budapeszcie

Jest godzina 20:59, Budapeszt.

Kawiarnie zapełniają się wieczornym gwarem i rozświetlają światełkami.

Nasz bohater dzwoni. Już wie, że nie zdąży na rande-vous.

Próbuje tłumaczyć się zepsutym skuterem…

…i pomyleniem godziny koncertu.

Wskakuje szybko do taksówki i odjeżdża…

Jak sądzicie, czy nasz bohater mimo wszystko miał udany wieczór? No i na jaki koncert się spóźnił?

25 sierpnia 2011

Black coffee and Bicycles


zdjęcia archiwalne, jakiś miesiąc temu

22 sierpnia 2011

Francuski Paradoks | Paryż

Nie jest tajemnicą, że Francuzi uwielbiają jeść. Do jakości składników, smaku, czy tradycyjnej kuchni przywiązują wielką wagę. Faktem jest, że uwielbiają swoje restauracje, bistra, piekarnie i oczywiście kawiarnie. Miło było uczestniczyć, choć przez parę dni w tym całorocznym festiwalu smaku i spotkań towarzyskich, który można obserwować w całym Paryżu.

2 sierpnia 2011

Fashion Police

Budapest 2011

23 czerwca 2011

Migawki | Budapeszt

Jak się jest pierwszy raz w dużym mieście, to chce się chłonąć wszystko i szybko to miasto poznać. No, ale tak się nie da. Nie można wszystkiego na raz poczuć.

Z każdą godziną i dniem Budapeszt stawał mi się bardziej znajomy. Oto kilka moich migawek – taki krótki błysk Budapesztu, gdzie mieszkańcy Pesztu są zajęci swoimi sprawami.


28 Maj 2011

Dym – Cracov Boogie

Są takie miejsca w Krakowie, w które najbardziej lubię wracać. Gdzie jeżeli coś się zmienia, to tylko na lepsze lub w ogóle nic się nie zmienia. Pamiętam, kiedy powstał „Dym” w „Zaułku Niewiernego Tomasza” na ul. Św. Tomasza – ludzie stali na chodniku i na ulicy, a do środka nie dało się wejść. Lokal był o połowę mniejszy niż jest teraz. Miejsce kultowe, choć zamykane przed 12 w nocy. Co się zmieniło do dziś? „Dym” się powiększył parę late temu. Trochę przez to stracił na klimacie. No, ale to było w czasach, kiedy panował boom na otwieranie, gdzie popadnie przykurzonej knajpy. Trochę ludzi się wyniosło w inne miejsca i na Kazimierz. Wydawało mi się, że dni tego lokalu są policzone. Nic bardziej mylnego!

„Dym” ma się dobrze do dziś. Wciąż przyciąga specyficzną klientelę, a „Zaułek Niewiernego Tomasza” z wielką palmą na środku jest chyba najfajniejszym miejscem z ogródkiem na zewnątrz w Krakowie. Wciąż te same stare krzesła w francuskim stylu, parasole bez agresywnych reklam browarów. Po prostu nie poddało się zmianom „przewalającym” się tuż obok na Rynku. Taki Kraków, to ja lubię!

Nie zawiedziecie się na też na kawie! Espresso i cappuccino jest wyśmienite. Przygotowane zawsze z świeżo zmielonej kawy, co nie jest częstym zjawiskiem. No i obsługa za barem jest zawsze bardzo miła, co się ceni.

Większość zdjęć została zrobiona w „Zaułku Niewiernego Tomasza”

24 Maj 2011

Uliczne na-stroje w Krakowie

Czy faktycznie nie lubimy być fotografowani? Nie raz słyszałem odmowę, gdy pytałem się o zgodę na zrobienie zdjęcia. Ja nie uważam, by to jest coś złego. Zresztą, kiedy ktoś pyta dlaczego chce mu zrobić zdjęcie, odpowiadam, że np. świetne wygląda lub jest dla mnie bardzo oryginalną osobą. Takie stwierdzenie powinno być miłe dla tej osoby. Niejednokrotnie wystarczy też uśmiechnąć się po zrobieniu zdjęcia i to też załatwia sprawę, to taka forma podziękowania. Jednak w Krakowie, gdzie najczęściej bywam z aparatem, nie jest to takie oczywiste i łatwe. Nie raz spotkałem się z niezrozumiałą reakcją, wręcz z agresją.

Czy w królewskim mieście, tak bardzo nie lubią, gdy ktoś „kradnie” ich duszę podczas robienia zdjęcia? No i jeszcze te zarzuty, że nie mam prawa fotografować ludzi na ulicy. Zresztą prawo nie zabrania fotografowania ludzi w miejscach publicznych. Jedynie na terenie prywatnym trzeba mieć zgodę np. Pani bawiąca się z dziećmi w własnych ogrodzie. Kiedy wychodzimy na ulicę jesteśmy wystawieni na widok publiczny i musimy sobie zdawać sprawę, że nie raz możemy się załapać na zdjęcie lub nawet na film.

Pal licho, że mi się ostatnio dostało, od niektórych przechodniów. Myślałem, że tylko mężczyznę może to spotkać. Nic bardziej mylnego! Bo Mimi ostatnio dostało się bardziej. Tego już całkowicie nie rozumiem. Mimi podchodzi do osoby fotografowanej na ulicy z wyjątkową delikatnością i taktem. Nic to nie dało. Uśmiech również nie pomógł. Pewna Pani, która nawet nie była w kadrze, zrobiła awanturę na pół Rynku. Smutne jest to, że spokojne tłumaczenie nawet nie zostało wysłuchane tylko zakrzyczane. W naszym rankingu: „Kto został bardziej pogoniony przy fotografowaniu” – wygrywa Mimi 1 : 0. Cała sytuacja była na tyle niemiła, że musieliśmy chwilę odreagować na pysznej kawie. Po drodze stwierdziliśmy: Trzeba znów jechać do Paryża! A może wystarczy do innego miasta? Wkrótce będziemy mieli okazję się o tym przekonać.

Jak dla mnie, coś z tym Krakowem jest nie tak :(

Ta miła Pani, kiedy się jej zapytałem, czy mogę zrobić jej zdjęcie odpowiedziała:

– No to teraz niepotrzebnie się Pan spytał, bo zacznę pozować :)

16 Maj 2011

Street photography: One

Robiąc zdjęcia na ulicy, zadaje sobie pytanie, czy pytać o zgodę na zrobienie zdjęcia, czy nie pytać?

Nie zawsze jest to łatwe. Trzeba się przełamać by podejść do obcej osoby. No, ale najwyżej usłyszymy odmowę. Ostatnio to mnie już nie zraża. Mam nadzieję, że śmiałości będę miał coraz więcej. Wciąż nad tym pracuję.

Jednak najważniejszy w fotografii ulicznej jest uśmiech, który w większości sytuacji wystarczy. W naszym kraju, tak mało się ludzie uśmiechają do siebie na ulicy :) Bierzmy przykład z obcokrajowców!

Nikon F3 + Nikkor 50/1,4 | Ilford Fp4

15 Maj 2011

Analogowa ulica

Lubię łączyć fotografię cyfrową z tą tradycyjną analogową. Mam na to dwa sposoby. Pierwszy polega na odstawieniu cyfrówki na półkę i zabraniu na zdjęcia aparatu z filmem. To takie oczyszczenie głowy z tych wszystkich udogodnień cyfrowych. Wszystko manualne. Robię wtedy o wiele mniej zdjęć i bardziej się nad nimi zastanawiam, czy warto. W końcu jest ich tylko 36! Potem wywoływanie, skanowanie i obrabianie zdjęć. Niestety taka zabawa zrobiła się dość kosztowna. Wywołanie negatywu i podstawowe skanowanie to ok. 40PLN i do tego trzeba doliczyć koszt zakupu filmu :(

Drugi sposób, to wykorzystanie manualnych obiektywów w aparacie cyfrowym, które niejednokrotnie są lepszej jakości niż te produkowane obecnie. Ostrość i przysłonę ustawia się ręcznie. To takie pół na pół. Dzięki temu dodają trochę ducha tej starej dobrej fotografii do cyfrowego świata.

7 Maj 2011

United Kingdom Mafia :)

Widząc tych dwóch dżentelmenów wiedziałem, że może być ciekawie. Pierwsze zdjęcie robię ich kolegom, którzy o czymś mocno dyskutują po wyjściu z angielskiego pubu.

– Photo, photo?! – pytają mnie jeden przez drugiego. Odpowiadam, jasne czemu nie, bo przecież o to mi chodziło. Pytam skąd przyjechali i jak im się podoba w Krakowie. Jakby nie słuchają i mówią, że są znajomymi Putina i mają jakieś konszachty z rosyjską mafią. Lekkie podchmielenie wyniesione z pubu, tworzy niestworzone historie. Ja na to wszystko mówię, że raczej są z angielskiej mafii i robię zdjęcie.

Aparat Zorki 4 + Jupiter-12 35mm | Ilford Fp4 Plus

20 kwietnia 2011

Jeden dzień z Paryża

Jest to zapis pierwszego dnia naszego paryskiego pleneru. Zdjęcia są ułożone w kolejności ich zrobienia.

Tym razem, robiąc zdjęcia, skupiłem się na uchwyceniu ducha  miasta z jego mieszkańcami w roli głównej. Zapraszam do wspólnego przeżycia tego jednego dnia w Paryżu.

10 kwietnia 2011

60 sekund z Mistartist | Paris

Paryż, piękny i słoneczny dzień, 22 marca 2011. Wysiadamy na stacji metra „Pigalle”. Po przeciwnej stronie mężczyzna z aparatem. Na środku ulicy zaczepia nas i mówi, że prowadzi fashion blog, daje nam swoją wizytówkę i pyta, czy może zrobić nam zdjęcie na swoją stronę.

– Oczywiście! Wiemy, jak to jest, bo sami prowadzimy blogi – bez wahania się zgadzamy. Na chodniku, przy zejściu do stacji metra, robi nam kilka zdjęć. Nie ustawia, nie przestawia, nie nie patrzy na tło. Później pokazuje nam jedno zdjęcie i pyta, czy nam się podoba. Jest naprawdę fajne.

– Za parę dni zdjęcie, będzie na mojej stronie. Zapraszam! – mówi i rozstajemy się. Całe spotkanie nie trwało więcej niż minutę. A nam pozostała wizytówka, zdjęcia na blogu Pierra (Mistartist) i fajny paryski kontakt. Teraz wymieniamy się komentarzami i odwiedzamy swoje strony. Licząc, że spotkamy się niebawem w Paryżu lub w Krakowie, a może w zupełnie innym mieście?

fot. Mistartist

fot. Mistartist

Parę dni później w księgarni Shakespeare Bookshop Company (o której właśnie montujemy film), natknęliśmy się na album „The Sartorialist” Scott Schuman. Zauroczeni taką fotografią, nie mogliśmy się powstrzymać i go nie kupić. W albumie jest ponad 1000 zdjęć, które będą przypominać nam nasze spotkanie z Pierrem – Mistartist. Trzeba naprawdę lubić ludzi, aby w tak krótkim czasie, nawiązać nić porozumienia i zrobić takie świetne zdjęcia. Dziękujemy Pierre!

10 marca 2011

Street Photography {Olomouc}

Ulicę miasta tworzą jego ludzie. Puste miasto bez mieszkańców, byłoby może nudne? Przy okazji naszej wizyty w Ołomuńcu, mieliśmy okazję się przekonać, jak to jest, gdy na głównej ulicy miasta zapanowała nieprawdopodobna cisza. Żadnego samochodu, ani kroków na chodniku. Słuchanie miasta, gdy nic nie słychać, to było trochę surrealistyczne przeżycie… No, ale mimo wszystko, całkiem puste nie było :)

 

 

 

6 lutego 2011

Ostrawa – to mi se libi!

Niedaleko od nas jest takie czeskie miasto – Ostrawa. Jeszcze rok temu planowaliśmy odwiedzenie tego miejsca. No, ale dopiero wczoraj się nam udało wybrać. Nie ma co ukrywać, że Ostrawa to centrum przemysłowego regionu Czech. Mieliśmy się okazję o tym przekonać jadąc bocznymi drogami – kopalnie, hałdy, szyby i bliżej nieokreślone zakłady przemysłowe. I takie miejsca pozostały po industrialnej przeszłości regionu.

Od mojej ostatniej wizyty w Czeskiej Republice – upłynęło całkiem sporo wody w Wełtawie. Byłem bardzo ciekawy, jak zmienił się nam nasz sąsiad.

Ostrawa zaskoczyła nas miłą i przyjazną atmosferą. I zupełnie przypadkiem trafiliśmy na przesympatyczne miejsce z pyszną kawą: „Ostravanka Coffee Shop!!”(Čs. legií 152/8, 702 00  Ostrava). Naprawdę warto tu zaglądnąć! I jeszcze jedno – ludzi są tutaj dla Polaków bardzo mili :)

 

4 lutego 2011

Przedziwny Kraków

Pozostaję w klimacie krakowskim, ale tym razem trochę inaczej. Mały spacer po Starym Mieście i odkrywanie starych i nowych miejsc w innym spojrzeniu.

30 stycznia 2011

Niedzielny Kraków

Od wielu lat w każdą niedzielę roku na ul. Grzegórzeckiej w Krakowie, odbywa się targ staroci. Zwany przez, niektórych „Pod Halą” – zapewne od pobliskiej hali targowej. Jak to na każdym pchlim targu, można tu znaleźć praktycznie wszystko. Wystarczy cierpliwie szukać i odwiedzać to miejsce co tydzień.

Klimat targu w pełni oddaje krakowskie nastroje i to, co mieszkańcy tego miasta lubią najbardziej, czyli antyki. Kto się zna i kto się nie zna, może trafić na coś wartego uwagi. Warto też zwrócić uwagę na spory asortyment retro rowerów, prezentowanych tuż przy ul. Grzegórzeckiej. Dostawa prosto z Holandii. Sam kupiłem tutaj 2 rowery, parę lat temu.

Chodzimy tam nie tylko, żeby coś kupić, ale przede wszystkim dla tych „prawdziwych” ludzi. Z tekstów zasłyszanych „Pod Halą” z powodzeniem można by napisać świetną książkę. Kiedy tylko wyjdzie słońce i robi się cieplej, sprzedawcy robią się jakby na wielkim luzie. Doceniając każdą sekundę ładnej pogody. Potrafią się cieszyć, pomimo tego, że niewiele mają.

20 stycznia 2011

„Zaopatrzenie” na Krakowskim Kazimierzu

Tak się akurat złożyło, że byliśmy na kawie i spacerze w niedzielę na krakowskim Kazimierzu. No, a to przecież dzień handlowy na Placu Nowym. Tak mnie coś tknęło, by ująć, to wszystko przez pryzmat tabliczki „Zaopatrzenie”. Zatkniętej za szybę zielonej Nyski tuż przy straganach z towarem rozlicznym.

4 grudnia 2010

Montmartre Amelie Poulain

Na Montmartrze duch Amelie Poulain wciąż gdzieś przemyka. Czuje się tu niesamowity klimat filmu Jenueta. Nie ma co. Nie tylko miejsca bezpośrednio związane z filmem, jak „Cafe des 2 Moulins”, czy warzywniak „Maison Colignon”, ale cała dzielnica jest, jak bajkowy świat z filmu „LE FABULEUX DESTIN D’AMÉLIE POULAIN”. Wystarczy się trochę rozejrzeć i poszukać miejsc, na które z pewnością zwróciła by uwagę Amelie.

Amelie Poulain – scena z filmu

Kolorowa ciężarówka i Mini Cooper przy „Cafe des 2 Moulins”, Rue Lepic

Różowy beret, kolorowy szalik i metalowe krzesła pod kolor w „Cafe des 2 Moulins”, Rue Lepic

Sprzedawca owoców morza przed „Cafe des 2 Moulins” i odbijająca się w oknie markiza w paski, Rue Lepic

Dwie dziewczyny rozmawiają przy stoliku w kawiarni i krzywy koń na szczycie karuzeli przy Placu St. Pierre

Zdjęcie Amelie w „Cafe des 2 Moulins”

W oczekiwaniu na kawę i zamazana kwota na rachunku, „Cafe des 2 Moulins”

Odbicie przewodów na masce wyglądają, jak rysy na lakierze, Rue Lepic

Tabliczka nr 4 i kolorowe krzesła i stoliki przy kawiarni

Mężczyzna o jasnych włosach patrzy na szatyna, a stojący blondyn z rękami  w kieszeni patrzy na stolik , Rue Lepic

„Le Consulat” to jak konsul, Rue Norvis

Mgła o poranku na Rue Norvis – 8 rano

Przekrzywiony parasol gazowy przed kawiarnią, Plac du Tertre

Dzwonek do drzwi za czerwoną kratą

Trzy słupki w kropki, Rue Durantin

Wypłowiałe wycinki z gazet przy warzywniaku „Maison Colignon”, Rue Troris Freres

20 jabłek w pionowym koszyku – „Maison Colignon”

Rino, to prawie jak Nino

Brakuje żółtego rombu nad szyldem Epicerie Du Terroir, Rue Lepic

Rozmazana kreda na szyldzie – dalej można kupić kurczaki, Rue Lepic

Dziewczyna opiera się o stary czerwony samochód

Scena z filmu

Taxi i wyścigówka przy Rue Lepic

Samotne łyżeczki na talerzykach z widokiem na Rue Lepic z „Cafe des 2 Moulins”

Dziewczyna w lakierkach strzepuje popiół z papierosa na chodnik przy Rue Lepic

11:31 na zegarze u sprzedawcy pieczonych kurczaków, Rue Lepic

Sprzedawca otwiera muszlę i równocześnie rozmawia z mężczyzną z dwoma siatkami, Rue Abbesses

Mężczyzna popija kawę z filiżanki i w szybie odbija się taksówka, Plac du Tertre

Stacja metra, gdzie Amelie rozlepiała plakaty

Krzesełko wygląda jak szpulka na nici, a kotara tańczy

Śmieszna strzałka pod napisem Metro, stacja Lamarc – Caulaincourt

Kieliszek, jak do martini nad markizą w pasy, stacja Lamarck Caulaincourt

Sacre-Coeur i gałęzie bez liści

Zbita szybka w daszku – „Maison Colignon”

Chłopiec biegnie szybko koło teatru Lapin Agile

Taniec dziwnych psów przy placu Abbesses – Valse des monstres

Dwie żarówki w lampie, Avenue Junot

Kilka spalonych żarówek w baldachimie nad wagonikiem, karuzela na placu St. Pierre

Mężczyzna poprawia szalik i popielniczka na krawędzi stolika, Plac du Tertre

Dziwnie odbijające się światełka w reklamie nad wejściem do stacji metra Abbesses

Z powrotem  przed „Cafe des 2 Moulins” – historia kołem się toczy

Przeczytaj, także wpis „Ścieżkami Amelie Poulain” na Bo Mimi blog


Ten wpis bierze udział w konkursie Fotograficzny Wpis Miesiąca

2 grudnia 2010

Mysza Marrons

„Najlepsze kasztany są na placu Pigalle…” – to zdanie pewnie każdy zna. Jednak nieustraszona Mysza Marrons postanawia to sprawdzić na własną rękę. Nie bardzo dowierza w słowa Hansa Klossa. A właściwie to nie bardzo wie, kto to J-23 i takie tam. Ma swój zupełnie inny świat.

Pierwszy dzień w Paryżu. 26 listopada 2010 roku, godzina 15:01, stacja metra „Pigalle” – Myszu mówi – Pewnie pieką tu kasztany.  I faktycznie tuż przy stacji metra, uliczny sprzedawca przypieka kasztany na koksowniku, który stoi w wózku z supermarketu.

– Nie pachną, tak jak powinny! Dobre kasztany podczas pieczenia powinny pięknie pachnieć, a te nie pachną! – woła Mysza.

Mysza Marrons, oprócz kasztanów, lubi wielkie paryskie kamienice z starymi windami, które działają bez ustanku od ponad 100 lat. No i kocha sam Paryż.

Mysza Marrons lubi te małe i wąskie windy, w których jest miejsce na dwie osoby i torbę makaroników z Laduree i nic więcej.

Mysza Marrons lubi otwierać i zamykać kratę w windzie i lubi, kiedy ktoś za nią naciska numer piętra i przywołuje windę na piętrze. Może boi się czerwonego guzika?

Dzień drugi. 27 listopada 201o roku. Ruszamy na Montmartre w poszukiwaniu najlepszych kasztanów.

Ostrzenie pazurków przed porcją kasztanów.

Niezawodna intuicja i znajomość tematu, przywodzi Myszę Marrons na Plac des Abbesses w 18 dzielnicy Paryża, gdzie akurat trwa świąteczny kiermasz i gra orkiestra. Plac tonie w świątecznych światełkach.

Jest! Pierwszy sprzedawca kasztanów. Idziemy sprawdzić, jaki towar oferuje. Niestety Monsieur nie ma najlepszego sortu. – No i nie pachnie, tak jak powinno! – mówi Mysza Marrons.

Ale, Mysza Marrons coś zaczyna się kręcić w kółko. Coś się dziwnie zachowuje. Coś wywęszyła.

– Te pięknie pachną! Prawdziwe marronsy! – woła Mysza Marrons, a miła Pani pyta:

– Madame s’il vous plaît? Kupujemy porcję świeżo uprażonych i pachnących kasztanów.

Oto Mysza Marrons, która uciekła na skraj placu des Abbesses. Z kasztanem w buzi, czarnymi łapkami od rozłupywania spieczonych skórek, zagląda do torebki po następnego gorącego kasztana.

Z torebką gorących kasztanów i szczęśliwą Myszą Marrons, ruszamy dalej na kiermasz na Placu des Abbesses. Malutkie marzenie Myszy zostało spełnione.

19 listopada 2010

Co z tym Krakowem?!#$! Część druga!

14 listopada to świąteczny dla nas dzień! W tym roku był naprawdę bardzo ciepły, bo aż 20 stopni. Idealna pogoda na spacer po Krakowie, a potem espresso w ogródku, by wygrzać się w jesiennym słońcu.

Idąc na krakowski Rynek zastanawialiśmy się, czy będzie można znaleźć wolne miejsce, bo przecież pogoda wspaniała! Ile radości daje nam słońce w ten listopadowy dzień.

Na Rynku tłumy ludzi. Spacerują, sztukmistrzów pantomimy oglądają, miejsca w kawiarniach szukają. Nikt nie chce siedzieć w środku. Niestety ogródków na zewnątrz jak na lekarstwo – było ich może pięć. Co za świat. Pogoda iście wiosenna, a nie ma gdzie usiąść. Widać tylko czatujących przed ogródkami miłośników słońca.

I jeszcze coś. Coś źle się dzieje w starym Krakowie – restauracja Redolfi zamknęła okiennice i chyba też swoją działalność…

W związku z małymi szansami na miejsce przy Rynku, udajemy się na Zaułek Niewiernego Tomasza, gdzie spodziewamy się ogródków i fajnej atmosfery tego małego zakątka na starym mieście. Nic bardziej mylnego. Posprzątane! Stoliki i krzesła skrzętnie wywiezione i tylko samotny gołąb spaceruje po chodniku. Kawiarnie zapraszają do środa, no bo przecież już prawie zima! Więc krzesełek nie ma!

Ehh… Co było robić – zamawiamy espresso i cappucino, wynosimy sobie dwa krzesła przed lokal i rozkoszując się dobrą kawą, cieszymy się tą piękną i słoneczną pogodą. Na klombie tuż obok nas, przysiadła rodzinka, która też nie miała ochoty kryć się pod dachem.

Rozkoszując się dobrą kawą, obserwujemy zdziwione miny turystów, którzy mając w pamięci letnie ogródki w tym miejscu, zawiedli się tej pięknej niedzieli.

Panie i panowie restauratorzy – warto wyjść do słońca skoro świeci nam w listopadowe dni! Niestety w Krakowie nie wszystkim się chce… Co z tym Krakowem?

Zobacz także: Co z tym Krakowem?!#$!

7 listopada 2010

PKS-em do Bielska

Z przyczyn obiektywnych nie jechaliśmy do Bielska naszym autem. Pozostał nam autobus. Wyprawa zaczyna się od dworca PKS w Wadowicach – pierwsze zdjęcie – karmienie miejskiego ptactwa :0

A co było dalej, to już w pozostałych zdjęciach.

Kolejny raz Bielsko nas bardzo miło zaskoczyło. Zdjęcia są poukładane chronologicznie.

Akurat tak się złożyło, że w dniu naszej wizyty w Bielsku, miało miejsce otwarcie boutique Anny Drabczyńskiej w nowym miejscu. A, że jest to dobra znajoma naszych gospodarzy Kasi i Marka, mieliśmy okazję wpaść do Ani na chwilkę. Miejsce powinno stać się obowiązkowym punktem każdej osoby odwiedzającej Bielsko i chcącej być on – style.

Zaglądnijcie tu koniecznie: Studio Mody Anna Drabczyńska, ul. Zaułek 3, Bielsko Biała.

No, a Mimi zachorowała tam na taką jedną kapkę :) A mnie znów nie udało się zjeść kremu sułtańskiego w „Delicjach”.

%d blogerów lubi to: